środa, 7 lutego 2018

Fotolustro i Fotobudka Zakopane, czyli poznajcie nowe atrakcje od Gąsieniców!


Jak mawiają starzy Górale, z Nowym Rokiem nowym krokiem - postanowiliśmy iść o krok do przodu i wziąć na klatę pierwsze Fotolustro na Podhalu! I tu opada kurtyna owijania tajemniczością przez ostatnie miesiące na temat nowej zabawki u Gąsieniców, ale musicie wiedzieć, że jak praca jest mega przyjemna, tak strona techniczna, logistyczna i papierkowa to czyste szaleństwo, przez które spałam mniej, niż po urodzeniu dzieci ;-) Ale, jak mawia stara Gąsienicowa, jak się bardzo chce, to się wszystko da - na chwilę obecną większość jest w jednym paluszku i czas pokazać Wam, co się będzie działo w 2018!

Obecność na ostatnich Targach Ślubnych w Zakopanem pokazała, że tyle samo osób wie, czym jest Fotolustro, co nie wie ;-) Dlatego zacznę dzisiejszy wpis od samego końca i od razu zapraszam na Targi Ślubne, za tydzień, 18 lutego, w Nowym Targu, na których będzie można zobaczyć, jak to wszystko funkcjonuje ;-) 

Pewnie wiecie, że jak coś się bardzo lubi, coś sprawia ogromną frajdę i satysfakcję, to można o tym mówić godzinami - aby nie przepisywać tego, co możecie przeczytać na stronie internetowej FOTBUDKI i FOTOLUSTRA, poniżej spróbuję dodać od siebie ogromny skrót tego, o co w tym wszystkim chodzi, pokazują wszystko na zdjęciach.


Czym różni się Fotolustro od Fotobudki?

- Fotolustro posiada bardziej elegancką otoczkę - do Fotolustra podchodzimy po czerwonym dywanie ze słupkami i girlandami, co czyni całą atrakcję bardziej ekskluzywną i ciekawą,


- przy Fotolustrze robimy zdjęcia bez specjalnego tła (można oczywiście zrobić wyjątek, jednak stawiając tło na czerwonym dywanie tracimy efekt tajemniczości atrakcji ;-)), do Fotobudki zawsze dopasowujemy tła, które wieszamy na stelażu (wyjątkiem są miejsca, gdzie są piękne ściany i służą za tła, typu: ściana z bali w karczmach, kamienie, gołe cegły na ścianie, itp.),

  
- przy Fotolustrze istnieje możliwość zrobienia zdjęcia całej sylwetki, czego nie można zrobić przy Fotobudce, a Zojda na dzisiejszych zdjęciach udowadnia, że praca z tym sprzętem jest dziecinnie prosta:


- Fotolustro jest bardziej interaktywne - osoba, która stoi przed lustrem decyduje, jaki format zdjęcia chce wykonać (na przykład paski z fotobudki lub pocztówka), wybiera filtry i podpisuje palcem zdjęcie przed wydrukiem. W fotobudce o formacie zdjęć dla wszystkich decyduje osoba wynajmująca ;-)


Do kwestii pozostających bez zmian, zarówno przy Fotobudce, jak i Fotolustrze:

- robimy nielimitowaną ilość zdjęć i dodruków,


- tworzymy pełną grafikę pod zdjęcia (motywy z zaproszeń ślubnych, loga firm, indywidualne, na specjalne życzenie), którą wysyłamy w kilku egzemplarzach do wyboru,
- robimy indywidualne napisy i grafiki na patyczkach, w zależności od charakteru imprezy lub zachcianki wynajmującego,

 
- dostarczamy szeroką gamę strojów, gadżetów i akcesoriów, dostosowując się do tematyki imprezy,


- do pakietów dostarczamy albumy do wklejania zdjęć oraz dbamy, żeby były zapełnione w 100%, 


- wkładamy w naszą robotę całe serce, no i zapewniamy niezapomnianą atmosferę podczas pracy!
- zaryzykowałabym stwierdzeniem, że nie ma dla nas rzeczy niemożliwych, ale powiem bezpieczniej, że lubimy wyzwania, dlatego chętnie spełniamy przeróżne życzenia klientów, związane z ich wizją na daną uroczystość ;-)

Podsumowując, Fotolustro, to Fotobudka zamknięta w pięknym lustrze. A teraz przyznać się, która Babka nie chciałaby, żeby jej lustro zdjęcia robiło? ;-) Nie zastanawiać się, ino brać, hej!




@ | fotolustro-zakopane@wp.pl
telefon | 532 221 415

poniedziałek, 22 stycznia 2018

DIY HOME: Drewniana, surowa lampka nocna, czyli cuda na... pniu!


Potrzeba matką wynalazku - W KOŃCU kupiłam książkę "Zanim się pojawiłeś" (kupowałam ją od pół roku, i tak, znam film na pamięć), a nie mam lampki przy łóżku, w jedynym miejscu, gdzie czasami mogę spokojnie poczytać. Ewolucję stolików nocnych w naszej sypialni można opisać w co najmniej dwóch książkach, jednak od roku wiernie stały dwa surowe pnie, na których i tak nie mogłam nic postawić, bo Staszek ściągnął i rozwalał wszystko. Tak więc stały samotnie, od czasu do czasu stawiałam na nich powyższy świecznik... bez świeczek. A tak nota bene, osobom, które ostrzegały mnie przed tym, że korniki przejdą z pieńka w drewno całego pokoju, oraz tym, którzy kazali uważać na sąsiada, który poda mnie do kryminału za nocną kradzież tych pieńków, po roku odpowiadam - ani korników, ani sąsiada do dziś nie widziałam, hej.

Najpierw chciałam postawić lampę rodem z PRL, jednak żadna dobra dusza z olx nie chciała mi jej wysłać. Potem chciałam zrobić stojącą lampę ze starych nart, którą jeszcze zrobię do salonu, jednak muszę znaleźć odpowiedni klosz, a nie chcę szukać na siłę i wydawać miliona monet, więc jeszcze chwilę poszukam. Pozostając w klimacie drewna dominującego w naszej sypialni, patrząc przyszłościowo na ściany, które chcę obić drewnem (oczywiście nie mam pojęcia kiedy), przypominając sobie złośliwego Syna, postanowiłam zrobić coś surowego, pasującego do drewna i niezniszczalnego. I tak powstała dzisiejsza lampka!


DIY:
- plastikowa lampka z Ikei (kupiona dwa lata temu, nawet chwilę postała na tych pieńkach, jednak po trzykrotnym zbiciu żarówki przez Staszka, poddałam się i leżała pod łóżkiem), podobna jest tu: klik, ale nie ma sensu kupować lampki, bo na allegro za grosze kupicie gotową elektrykę,
- wiaderko z Ikei za 4zł lub po prostu klosz - kiedy pisałam ten post dwa tygodnie temu, w miejscu dzisiejszego klosza miało być wiaderko, jednak w tamtym tygodniu dostałam obecny, nowy klosz z ulubionyego olx za 10 złotych z przesyłką (też nie wiem, jak za takie ceny ludzie mi to wysyłają, ale nie narzekam), docelowo będzie duży klosz, jednak choć ten daje radę, tak chyba bez wydania większej sumy się nie obejdzie, bo chcę upolować co najmniej trzy razy większy, niż teraz,
- trzonek do miotły lub jak ktoś woli profesjonalną nazwę: drewniany drążek - 5,50 zł w sklepie budowlanym,
- lina konopna, jutowa, czy jaką tylko sobie wymarzycie - moja ma 2cm, długość 3m,
drewniany pieniek - ukradziony, bezcenny,
- klej silikonowy.


Jeśli zastanawiacie się, to podstawę lampki odcięłam, kabel obkręciłam liną (w połowie widać nierówno umocowaną linę, ponieważ z drugiej strony, na tej wysokości mam włącznik), a cały kabel fajnie ukrył mi się w pęknięciu pnia. Nie licząc pieńka, obstawiając, że instalację elektryczną kupiłam na allegro za 9,50zł (za tyle znalazłam na pierwszej stronie), klosz za dychę na razie daje radę, trzonek za 5,50 również, a za 3 metry liny zapłaciłam 20złotych z przesyłką, sami widzicie, że z niewielkim wkładem własnych chęci, możecie zrobić sobie fajną lampkę za nie więcej niż 50 złotych!


Gdyby ktoś miał namiary na duży klosz, podeślijcie mi w komentarzu lub mailu. A ja, jak kiedyś podmienię ten obecny, obiecuję, że zaktualizuję post i od razu Wam pokażę ;-)
Enjoy, hej, do zaś!

środa, 17 stycznia 2018

DIY: Czerwona, długa spódnica na zakładkę i crop top po góralsku, czyli stary obrus i góralska chusta w rękach Gąsienicowej.


Obiecałam, że jeśli kiedyś wyjdzie mi coś fajnego z Kariną (klik) w duecie, to Wam tu pokażę. I po wymienieniu wszystkich firanek i pościeli, porwałam się z motyką na księżyc i postanowiłam sobie uszyć nowe wdzianko do roboty. Na wstępie nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogę tego nie uszyć, po dwóch godzinach przewracania materiału z prawej na lewą stronę nie byłam już taka pewna, a kiedy pocięłam chustę, wiedziałam, że jednak nie jest to takie proste, jak mi się wydawało. (I w sumie, gdyby nie to, że ją pocięłam i zniszczyłam, to pewnie, gdybym przemyślała realny stopień trudności, na pewno nie zabrałabym się za to.) Ale pamiętajcie, jak się czegoś bardzo chce się, to się da, hej.

Do dzisiejszego DIY potrzebowałam:
- chusty w kwiaty, do której mam ogromny sentyment, bo przeżyła ze mną rok służbowego melanżu, co pewnie nie raz widzieliście na Instagramie,
- czerwony materiał, mój pierwotnie był obrusem, jednak przy każdym dotknięciu się brudził, więc był mało praktyczny, potem był zasłaniającą kotarką przy meblach, aż doczekał się wczoraj wersji ostatecznej, już raczej na nic innego go nie przerobię ;-)
- guziki.


Jak już pisałam na Instagramie, chciałam spódnicę midi, ale zapomniałam, że nie jestem top model i nie mam 180cm wzrostu. Dopiero teraz też odkryłam, że nie pokazałam Wam tyłu bluzki, jednak aktualnie jestem w szale przed Targami Ślubnymi i wrzucę tył szybko na Instagram (klik), kto ciekawy, zapraszam ;-)


Enjoy, hej, do zaś!

środa, 10 stycznia 2018

Dobre miejsce w Zakopanem: Kraina Światła na Gubałówce.

(I ja wiem, że miał być tu obiecany post o kradzionym pieńku i wiadrze za 4 złote, jednak okazało się, że Męża mojego rozłożyło przeziębienie, a ja nie mam pojęcia, czym sama mogę wyciąć w tym pieńku dziurę, żeby go całkiem nie rozwalić. W ramach rekompensaty i zachęty powiem, że z tych kilku prostych rzeczy robię fajną lampę nocną do sypialni, co zobaczycie od razu, jak tylko odnajdzie się męska ręka w naszym domu.)


A przechodząc do obecnego wpisu, dzięki uprzejmości PKL, pojechaliśmy dzisiaj zobaczyć fantastyczną atrakcję tego sezonu w Zakopanem - Krainę Światła na Gubałówce. Na szczycie, zaraz po wyjściu z kolejki, przywitał nas przepiękny blask światełek, a ja poczułam się, jak między świąteczną reklamą coca coli, oświetlonym domem Griswaldów i Kevina McCallister'a! Nie wiem, jak Wy, ale ja taki klimat uwielbiam, więc byłam w swoim żywiole. Chciałam zrobić mnóstwo zdjęć, ale musiałam pilnować Zojdy, która wraz ze swoją kumpelą z przedszkola postanowiła sprawdzić wytrzymałość każdej atrakcji, a po drugie... co to byłaby za frajda, gdybym wszystko Wam tu pokazała - sami musicie to zobaczyć! A czekają na Was choinki, konie, sanie, górali i góralki, no i piękny napis (gdyby ktoś zapomniał, gdzie się znajduje), za którym rozciąga się oświetlona panorama Zakopanego - widok bezcenny ;-)

PS Brak śniegu nie ujmuje efektu całej atrakcji, jednak potrafię sobie wyobrazić, jak tam musi być bajkowo, kiedy zakurzy. A kurzyć ma od przyszłego tygodnia fest, więc zapraszam w góry, no i oczywiście do Krainy Światła (codziennie od godziny 16.00 w godzinach pracy kolei na Gubałówkę).


PS2 Podrzucić Wam kilka fajnych miejsc w Zakopanem, gdzie warto zabrać dzieciaki? Wybieracie się na ferie do nas? ;-)

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Łucznik Karina 910 - moja pierwsza maszyna do szycia!


Na wstępie żale, żeby nie było za kolorowo. Niedawno stwierdziłam i podtrzymuję cały czas to stanowisko, że człowiek te dobre 10 lat temu to był durny - zamiast iść do zawodówki i zostać krawcową, skończyć technikum budowlane, czy inne rzemieślnicze, to poszedł człowiek do ogólniaka, "bo wszyscy szli", przebimbał kilka lat między książkami i melanżami i teraz nie pracuje w wyuczonym zawodzie, a uczy się, robi i zarabia na tym, czego powinien uczyć się wtedy. Nie umiałabym siedzieć za biurkiem 8 godzin, za to umiałabym szyć, wyszywać i robić remonty całodobowo. I z racji takiej, że w tym roku stawiam na siebie (patrz wpis z 1 stycznia), postanowiłam pójść w kierunku tego, co mnie przysłowiowo jara.

Kto śledzi mój INSTAGRAM, ten wie, że od jakiegoś czasu prowadzę #nocneżyciegąsienicowej, kiedy to spędzam długie godziny na wyszywaniu koralikami. Bardzo mi się to podoba, chłonę wiedzę od lokalnych Babeczek i wyszywam swój pierwszy, góralski gorset. Kto widział, ten widział, że dwa prototypy zostały z hukiem wyrzucone, ale trzeci jest na wykończeniu, więc jak już mówiłam, do Bożego Ciała będzie paradnie fest. Wracając jednak do sedna dzisiejszego wpisu, postanowiłam, że pójdę o krok dalej i nauczę się szyć na maszynie. Do niedawna moje umiejętności szycia zaczynały i kończyły się na pracy, dopóki się nitka nie urwie, czyli 20 cm na prosto. I to wcale nie jest żart! Skoro szyłam te kilometry u Mamy i patrząc na to, jak mi idzie, nie widziałam najmniejszego sensu posiadania maszyny. Do kiedy? Tak naprawdę do czasu, kiedy zapłaciłam 50 złotych za wszycie taśmy ściągającej do jednej zasłony... Znacie moje podejście do wydawania takich pieniędzy. Miarka się przebrała, postanowiłam kupić maszynę. Kilka razy radziłam się Was w wyborze, kilka razy już stałam z pudełkiem przy kasie, ale ostatecznie nigdy tej maszyny nie doniosłam ze sklepu do domu. Dalej wywoziłam skrojone rzeczy 300 km do Mamy, żeby mi pozszywała i Mamie chyba dało to porządnie w kość, bo w sprytny sposób pozbyła się mnie, kupując mi Karinę pod choinkę ;-)

Mama szyje, więc Mama się zna - Karina nie jest najprostszą do obsługi maszyną, ale też nie najtrudniejszą. Mój Śwagier świadkiem, jak pewnego wieczoru przyszedł, a ja siedziałam nad maszyną z nitką w ręce, instrukcją obsługi na kolanach i otworzonym youtubem "jak założyć nitkę w Karinie". Właściwie trzy noce poświęciłam na zakładaniu tej nitki, ile mięsa rzuciłam to nie zliczę, ale teraz robię to z zamkniętymi oczami i nie rozumiem, jak mogłam tego nie załapać przez tyle lat. Szycie na prosto opanowane - wszystkie firanki wymienione na nowe, dlatego kto będzie przechodził obok chałupy Gąsieniców, to proszę się zachwycać, wbrew pozorom wcale tak łatwo na początku nie było ;-)


Nie będę wypisywać parametrów maszyny, bo kto będzie zainteresowany, szybko przeczyta na stronie producenta. 38 programów do szycia, to i tak o 37 za dużo dla mnie ;-) Jak ktoś chce tytuły filmików na youtubie, walcie śmiało na maila ;-) A ja wracam do szycia, bądźcie cierpliwi, jak coś ładnego mi wyjdzie, na pewno Wam tu pokażę.

Enjoy, hej, do zaś!

piątek, 5 stycznia 2018

WŁOSY: Ochłodzenie, tonowanie blondu - beżowy, naturalny blond Matrix Color Sync 10M.

Ostatnio dziewczyna na Instagramie zapytała mnie, którą farbę drogeryjną polecam i wtedy uświadomiłam sobie, że chyba wszystkie dostępne w drogeriach firmy już miałam na swojej głowie. Nie chwalę się wcale, bo czasami zupełnie nie było czego zbierać i pokazywać po moich eksperymentach (zresztą sami wiecie, bo trochę mnie już znacie). Jako, że od czerwca omijam fryzjerów szerokim łukiem ("Co zrobić, kiedy fryzjer zepsuje nam włosy na amen, a my jeszcze zapłacimy mu za to dwie stówy."), wróciłam do eksperymentów na dobre, jednak tym razem kupuję farby profesjonalne, bo tak naprawdę i wychodzi ładniej i taniej, trzeba tylko dobrze wybrać numery i chwilę się pobawić.

Ostatnio pokazałam Wam beż Kallos'a ("Jak stonować i delikatnie ochłodzić słoneczny blond, bez uzyskania szarych włosów? Beżowy blond, Kallos 8.0 + 9.0 + 9.1"), jednak po wypróbowaniu Matrixa, o którego istnieniu totalnie zapomniałam, kolor wyszedł tak ładny, że postanowiłam go tu pokazać i polecić dalej. Jeśli ktoś szuka naturalnego beżu, chce zniwelować, stonować, ochłodzić złoty odcień - Matrix Color Sync 10M jest do tego stworzony!

Poniżej przedstawiam Wam efekt przed i po - po lewej włosy tydzień przed koloryzacją, po prawej tuż po wysuszeniu, po farbowaniu:


Matrix Color Sync, czyli dobrze znany Matrixowy Synek, to nic innego, jak farba bez amoniaku, którą trzymamy na głowie 20 minut, działa na zasadzie ton w ton, czyli jeśli macie ciemny odrost, jak ja, musicie pozbyć się go innym sposobem. Koloryzacja ton w ton, to nic innego, jak nadanie włosom charakteru przez tonowanie - podkreślenie i nadanie brązom różnych odcieni, wyprowadzenie żółtych blondów w róże, szarości, fiolety, perły, czy jak w moim przypadku, w beż. 

Farbę mieszałam 1:1 z oksydantem, nic więcej nie kombinowałam i nie dodawałam, co jest niepodobne do mnie :-) Czytając opinie w internecie na temat tego koloru, wiele osób pisało, że wychodzi z różowym połyskiem - powiem szczerze, że coś w tym było, jakaś poświata pojawiła się przy poruszaniu czupryną, jednak zniknęła po pierwszym myciu.


Dobra rada Gąsienicowej: 
Pamiętajcie, że na pudełku jest dokładnie zaznaczony czas trzymania farby 20 min, jednak jeśli farbę z mojego polecenia będzie robić blondyna blondyna, jak ja, osobiście polecam trzymać połowę tego czasu, ponieważ kolor wychodzi beżowy, naturalny i można doznać szoku już przy samym nakładaniu farby. Lepiej pomalować dwukrotnie, w niewielkim odstępie czasu, niż potem szukać sposobu na wypłukanie farby z włosów i rzucanie we mnie pomidorami ;-) Ja osobiście trzymałam mieszankę około 20 minut, jednak następnym razem będę robić sam odrost (kolor na długości mam minimalnie jaśniejszy, niż zaraz po malowaniu) i trzymać połowę zalecanego czasu. Po 3 tygodniach mogę śmiało powiedzieć, że mam nowy, ciemny odrost, który pięknie oddziela mi się od reszty, z której farba nie wypłukała się wcale. Polecam ;-)


Enjoy, hej, do zaś!

Jeśli używałyście kiedyś innych Synków, dajcie koniecznie znać w komentarzu, kolejną koloryzację znów wykonam 10M, ale kusi mnie mocno, żeby wypróbować wszystkie :P

czwartek, 4 stycznia 2018

Birthday Girl!

https://www.instagram.com/kasia.gasienicowa/
https://www.instagram.com/kasia.gasienicowa/

Żadnych "nowy rok, nowa ja", "będę po prostu szczęśliwa", żadnej diety, siłowni i ćwiczeń od stycznia oraz, broń Boże, żadnych abstrakcyjnych postanowień nie-do-spełnienia na ten piękny rok. Nie robię sobie postanowień noworocznych, bo ja mam marzenia, które skrupulatnie i konsekwentnie odhaczam na mojej liście. A w tym roku stawiam na siebie, jakkolwiek egoistycznie to brzmi. Znajdę sobie nową pracę, w której będę zarabiać dużo dudków, będę robić sobie rzęsy, paznokcie i cycki, bez najmniejszych wyrzutów sumienia, będę podróżować w każdej wolnej chwili i dalej robić remonty w chałupie u Gąsieniców, które niesamowicie uwielbiam. A jak zarobię więcej dudków, niż planuję, to kupię sobie miętowy rower, którym nie wiem jeszcze gdzie i kiedy będę jeździć, postawię w ogrodzie szklarnię, w której będę uprawiać pomidory i podhalańskie arbuzy, w sumie również nie wiem kiedy. No, a jakby już mi się niesamowicie dobrze powiodło, to kupię sobie ziemię w okolicznej wiosce, postawię wymarzony domek i kupię 3 owce. Ach... miało wyjść śmiesznie, a naprawdę mi się te plany spodobały!

Czego Wam życzę na ten nowy rok? Przede wszystkim zdrowia, bo jak będzie zdrowie, to da się wszystko resztę załatwić. Potem uporu, konsekwencji i takiej listy realnych marzeń do spełnienia - jak się bardzo chce, to da się i można wszystko. W poniedziałek skończyłam 29 lat. Czy chciałabym cofnąć czas i coś zmienić? Myślę, że nie. Jest mi dobrze tu i teraz, i właśnie chyba tego Wam życzę najbardziej - żebyście żyli tak, by zapytani o każdej porze dnia i nocy, mogliście powiedzieć, że jest git!

Niech się nam darzy, 
Wasza stara Gąsienicowa.